featured

Myfirst7jobs | Moje pierwsze 7 prac

1:25 PM,0 Comments



Dziś przychodzę do Was z wpisem, który jakiś czas temu królował wśród bloggerów, a mianowicie  #myfirst7jobs. Dla tych, co nie bardzo orientują się o co chodzi, wspomnę tylko, że należy opisać w poście pierwszych siedem prac - swego czasu był to dziwaczny łańcuszek na facebooku. Nie przepadam za takimi akcjami, ale tym razem postanowiłam zrobić wyjątek, ponieważ dobrze jest czasem warto wrócić do starych czasów i z sentymentem wszystko fajnie poukładać. 

PIERWSZY TEATR, PIERWSZE "PIENIĄDZE"
Oj, stare dobre czasy. Jako dziecko miałam dość bujną wyobraźnię. Mieszkałam co prawda prawie w centrum miasta, w starym poniemieckim domu razem z trójką przyszywanego rodzeństwa. Przyszywane było tylko z nazwy. To byli sąsiedzi "z góry", ale zawsze wszędzie nas było pełno i zawsze razem w grupie się bawiliśmy. Razem z "siostrą" wymyśliłyśmy sobie przedstawienie, na które zaprosimy ludzi z ulicy. Zrobiłyśmy ogłoszenia na kartce, przygotowałyśmy całą formę i uwaga... zarobiłyśmy grosika! :) Ach, a ile to nam przyniosło radości to już pozostanie nasze :)
Innym razem razem z kuzynostwem z centrum Polski, zorganizowaliśmy cyrk z przedstawieniem, w której uczestniczyły wszystkie dzieciaki z rodziny. To był drugi taki przypadek, że za przedstawienie dostaliśmy kilka monet, ale tym razem było konkretniej, bo starczyło nam na słodycze i lody :)


ZBIERANIE TRUSKAWEK 
Miałam wtedy chyba z 13 lat. Było gorące lato. Może częściowo z nudy, a może bardziej z tego, iż mama odmówiła mi pieniędzy na lody, razem z "siostrą"(tą samą co powyżej), postanowiłyśmy dorobić do kieszonkowego szukając pracy. Niewiele myśląc udałyśmy się lipcowego poranka na pobliskie pole truskawkowe. Obie byłyśmy dość nieśmiałe i pytanie o pracę szło nam opornie. Kręciłyśmy się, rozmawiałyśmy po cichu ze sobą. No istna tortura... Na szczęście pewna pani się nad nami zlitowała i sama zagadnęła czy szukamy pracy. Po krótkiej rozmowie, podczas której ustaliłyśmy stawkę za kobiałkę, zaczęłyśmy naszą pierwszą pracę. Powiem szczerze, jestem wdzięczna mamie, że w tamtym czasie nie dała mi po prostu pieniędzy. Dzięki tej pracy nauczyłam się szacunku do pieniądza i wiedziałam, że czasami trzeba na prawdę sporo się naharować, aby mieć parę groszy w portfelu. Również nauczyłam się, że nie należy się wstydzić pytać o pracę. To żaden wstyd próbować. 


PRAKTYKA W BIURZE PROJEKTOWYM
Taa... To był chyba 2 albo 3 rok studiów. Poszła fama, że musimy mieć zrobione praktyki. Niewiele myśląc uderzyłam do znajomego, który był budowlańcem/wykończeniowcem wnętrz - współpracował w tamtym okresie z fajnym biurem architektury wnętrz. Przez 2 miesiące pracy za totalną darmochę, nauczyłam się więcej niż przez całe studia! Miałam do zrobienia 3 koncepcje funkcjonalne wnętrza na bazie oryginalnych rzutów, koncepcję biura podzielonego na strefę sekretariatową, przyjęcia klienta oraz wystawową. Było to ciężkie zadanie zważywszy na małą przestrzeń. I ostatnim zadaniem była łazienka dla mężczyzny. Oj, jak ja się z tym namęczyłam to tylko moje :) Szczególnie układanie i rysowanie płytek na ścianach.
Jak już wspomniałam, te praktyki spadły mi jak grom z jasnego nieba. Od tego momentu miałam lepsze rozeznanie jeśli chodzi o samą pracę jako architekt wnętrz i było mi po prostu łatwiej na studiach podczas robienia rysunków.


ZA BAREM, BYLE DO CELU...
No tak, ale przyszedł też taki czas, kiedy musiałam zarzucić na chwilę moje architektoniczne plany na rzecz bardziej przyziemnych. Swego czasu zrobiłam prawko, ale nie miałam kasy na auto, więc postanowiłam się zatrudnić w ośrodku wczasowym na barze. Był to o tyle fajny bar, że przede wszystkim klientelą były dzieci. Od czasu do czasu wpadł jakiś starszy pan na piwko. Nie wiem czy to jest przydatna umiejętność, ale nauczyłam się nalewania piwa z kega według gustu klienta. Albo z pianką albo bez :) Była to fajna praca, bo oprócz kasy na moje pierwsze autko, miałam styczność z ludźmi, na której często mi zależało podczas szukania pracy. Mimo tego, że czasem byłam zarobiona, miałam dużo obowiązków, pracowałam ponad 12h to i tak uważam to doświadczenie za budujące.


ANIMATOR KULTURY NAD MORZEM
Tuż przed rozpoczęciem drugiego kierunku na studiach w Szczecinie, postanowiłam trochę odciążyć rodzinny budżet i dorobić przynajmniej na początek na skromne życie studenta. Wysyłałam cv po różnych ośrodkach i dostałam odpowiedź. Pewien ośrodek zgodził się mnie przyjąć na animatora kultury/opiekuna grupy. Nie miałam w tej kwestii żadnego doświadczenia, tylko tyle co czasem widziałam jak mama pracuje w przedszkolu jako nauczyciel. Miałam jako takie pojęcie. Podczas rozmowy okazało się, że praca będzie polegała na opiece nad dziećmi, które przyjeżdżają do ośrodka z rodzicami. Fajne to było zajęcie, bo pracowałam razem z 2 innymi dziewczynami. Organizowałyśmy zabawy, grałyśmy z dzieciaczkami w gry, robiłyśmy zajęcia plastyczne, czasem jak była brzydka pogoda to robiłyśmy im "kino" albo wychodziłyśmy na plac zabaw. Nie ukrywam, czasem było ciężko, bo praca była 6 dni w tygodniu, ale mimo wszystko miło wspominam ten czas.

JUNIOR 3D W POZNANIU
Pierwsza moja praca w tym, czym na prawdę czułam się najlepiej czyli grafika 3d/wizualizacje. Ale żeby nie było zbyt kolorowo, to powiem, że(mam nadzieję, że poznaniaki się nie obrażą) trafiłam na taką firmę, przez którą już chyba nigdy nie polubię Poznania. Nie będę pisać nic złego, ale nie było fajnie jeśli chodzi o zarobki. Ledwo wiązałam koniec z końcem - kasa na minimalne przeżycie za umowę śmieciową. Nigdy więcej! Dobre było w tym to, że miałam opłacone szkolenie - z którego nic się nie nauczyłam i pracowało ze mną 2 innych grafików. Atmosfera pracy była iście grobowa. Ale sporo nauczyłam się od chłopaka, który już trochę w tym zawodzie pracował. I on, a w zasadzie jego wiedza, była tym, co mnie przytrzymało w tej pracy aż 2 miesiące :)

STAŻ I PRACA W REFERACIE GOSPODARKI KOMUNALNEJ, ARCHITEKTURY I PLANOWANIA PRZESTRZENNEGO(GKAPP) 
W końcu przyszedł czas, że musiałam się zarejestrować w biurze pracy. Szybko na szczęście trafiłam na staż w moim ukochanym miasteczku w Urzędzie Miejskim. 
I tak stałam się urzędasem na kilka miesięcy, ale dzięki temu powiem Wam, że odczarowałam moją wizję "niemiłego i zrzędliwego" urzędnika państwowego. Miałam okazję pracować z przemiłym zespołem, niezwykle pomocnym i fachowym. Oprócz zadań, które miałam na liście stażowej zajmowałam się, z racji wyuczonego zawodu, dodatkowo pomaganiem w zakresie doboru roślin, a także byłam odpowiedzialna za projekt ogrodu na dachu w przedszkolu(co prawda moja wizja, a to co zostało wykonane jest całkowicie odmienne, ale cóż... )! To było świetne zadanie. Burze mózgów odnośnie funkcjonalności przestrzeni niekiedy doprowadzały mnie do szału, ale to było mega doświadczenie. Poza tym bardzo fajnie się czułam w planowaniu przestrzennym - robienie wypisów, wyrysów(w końcu wiem na czym polega różnica :D) z planu zagospodarowania, bądź nadzorowanie decyzji o warunkach zabudowy(jeśli w danym terenie nie ma obowiązującego planu) było czymś fajnym i pouczającym. Poza tym, często pomagałam w klejeniu map - co wymagało ode mnie precyzji oraz dokładności. I oczywiście archiwum. Chyba stałe zajęcie stażystów :)  

I na tym zakończę pierwszych siedem prac. Z każdego zajęcia potrafię dziś wynieść pozytywy, nawet jeśli to jest taka głupia umiejętność jak nalewanie piwa :) A u Was jak było? Podzielcie się linkiem do Waszych pierwszy prac, chętnie poczytam i skomentuję :)

You Might Also Like

0 komentarze: