fotografia

Szwajcaria na weekend.

8:16 PM,0 Comments

Szwajcaria pozostanie w moim serduchu na długo i to właśnie dziś będzie wpis o magicznym miejscu pośród gór, jezior i przepięknych widoków jak z pocztówki.

Pierwszy raz z Alpami Szwajcarskimi zetknęłam się podczas studenckiego wypadu do Mediolanu na targi Designu, kiedy to przejeżdżaliśmy autobusem przez najpiękniejsze pasma górskie według mnie w Europie. Wyobraź sobie, że zbudziło cię poranne słońce(była 5:30 rano!) i przez szyby autokarowe słońce leniwie spływało po zaśnieżonych szczytach gór, które pięły się ku górze i miało się wówczas wrażenie, jakby nie było ich końca. Autostrady właściwie wisiały kilkaset metrów nad ziemią osadzone na długich wzmocnieniach, a gdy wyjrzysz przez okno zobaczysz ogromny wąwóz prowadzący w dół w czarną rozpacz... A przynajmniej ja tak całość zapamiętałam.

Drugi raz miałam styczność ze Szwajcarią już dogłębniej podczas pewnego sierpniowego weekendu w roku 2013, który to na długo zapadnie w moich wspomnieniach. Był to dość spontaniczny wypad choć w pewnym stopniu planowany. Wybrałam się razem z Marcinem i mieliśmy określony cel. Zobaczyć ciekawe miejsce umiejscowione ponad 1600m n.p.m, które kiedyś znaleźliśmy na zdjęciu i postanowiliśmy do niego dotrzeć. Ale wszystko po kolei...

PLANUJEMY I JEDZIEMY
Razem z Marcinem - który jest autorem części zdjęć w tym poście - postanowiliśmy rozpocząć nasze plany od zakupu prowiantu, zakwaterowania, zorientowania się oraz przeczytania czegoś na temat kultury czy też nawyków miejscowych w danym regionie, ale także zaplanować sprzęt fotograficzny oraz pozostałe szpargałki związane z wyjazdem.
Marcin zajął się sprzętem fotograficznym, zaplanowaniem trasy dojazdu, a na moją głowę spadła w zasadzie cała reszta. Nie żebym narzekała :)
Niedaleko naszego miejsca docelowego, znalazłam w Internecie super miejscówkę - w zasadzie pole namiotowe pomiędzy dwoma pasmami gór(ze szczytami: Giglistock po jednej stronie i Wendenstocke po drugiej) w miejscowości Gadmen. Od razu skontaktowałam się w języku angielskim z właścicielem czy posiadaliby wolne miejsce na campingu na weekend dla jednego średniego, dwuosobowego namiotu. Dostałam bardzo szybko odpowiedź jeszcze tego samego dnia, że tak, oczywiście nie będzie z tym problemu. Także wyjazd stawał się co raz bardziej realny. Nie pamiętam dokładnych cen, ale zapłaciliśmy coś ok. 40zł za noc za namiot dwuosobowy. Dodatkowo na miejscu gratis prysznice/gorąca woda oraz internet dla gości i co najważniejsze bardzo mili właściciele! Kwota była ogromnym plusem, jeśli chodzi o ilość osób, ale wiązało się to z targaniem namiotu, śpiworów oraz karimat. Namiot na szczęście posiadałam(czteroosobowy), więc pozostało jedynie zakupić pozostałą resztę.

Prowiant musiałam zaplanować dość skrupulatnie, ponieważ musieliśmy mieć coś na dojazd, coś aby przeżyć na miejscu oraz na powrót - postanowiliśmy zrobić wcześniejsze zakupy, aby nie przepłacać w Szwajcarskich sklepach. Na dojazd i powrót zdecydowałam się na wariant żołniersko-desantowy czyli kanapki oraz różnego rodzaju konserwy, a także zakupiliśmy kilka dodatkowych wód, energetyków oraz trochę warzyw i owoców. Na samą wspinaczkę mieliśmy sporo słodyczy(batony, czekolady), banany oraz 2 butelki wody po 1,5l.

Kolejnym aspektem była decyzja: jedziemy na winiecie czy po szosach bezpłatnych? Winieta kosztowałaby nas sporo, natomiast szosy miały swój plus i minus. Plusem było niewątpliwie poznanie prawdziwego życia Szwajcarów oraz widoki mijane za szybą samochodową. Natomiast minus, to czas... Dojazd zająłby dwa razy więcej czasu... Zdecydowaliśmy się jednak na wariant bez winiety - winieta jest dobra, jeśli spędzacie lub planujecie być w Szwajcarii częściej niż jeden weekend w roku :)

Pozostało nam się jedynie spakować - buty trekkingowe, wspomniany wcześniej sprzęt fotograficzny, talk do stóp, krem z filtrem, gps, naładowane komórki i w drogę!

DOJECHALIŚMY
Podróż się ciągnęła w nieskończoność, jednak na szczęście najgorszą trasę przemierzaliśmy nocą. Wyobraźcie sobie, że jedziecie nieoświetloną szosą, która ni z tego ni z owego zmienia swój kierunek o 180 stopni i nagle tuż przed wami widać oświetlone pyski krów i świecące ich oczy w oddali. Do tego muczące i hałasujące swoimi wielkimi, dyndającymi dzwonkami. Te dzwonki chyba są po to, aby je usłyszeć w trakcie jazdy wspinaczkowej ku górze, uważając aby ich nie przejechać.

wycieczka w góry | postój
Kolacja w trakcie krótkiego postoju - magiczny zachód słońca.

W końcu dojechaliśmy około 3 nad ranem. Wszędzie ciemno, głucho i tylko te dzwonki krów w okół straszyły. Zjechaliśmy na trawkę przy głównym budynku campingu. Byliśmy okropnie padnięci, toteż nawet namiotu nie rozkładaliśmy tylko w fotelach w aucie usnęliśmy. Dość szybko z rana się przebudziliśmy, postawiliśmy w docelowym miejscu samochód, spakowaliśmy się i do boju - czyli w trasę. Spakowane mieliśmy 2 plecaki: jeden ze sprzętem fotograficznym: aparat, 2 obiektywy, statyw, zapasowe akumulatory oraz woda, w drugim prowiant, talk, odzież na zmianę(wiadomo jak w górach jest z pogodą, a tym bardziej, że zapowiadali dość zmienną z opadami), mała apteczka oraz woda.

Alpy Szwajcarskie | spacer poboczem
Podążając poboczem w kierunku trasy prowadzącej w kierunku Tällibahn. Fot. M. Majewski

CZAS DOJŚĆ DO CELU
Na początku było wszystko pięknie. Spotkała nas asfaltowa droga(Sustenstrasse, zdjęcie powyżej) - mimo pasm gór, dość ruchliwa - co chwilę mijało nas jakieś auto, bądź motocykl. Prawie przy każdym domostwie znajdowały się specjalne wodopoje - podejrzewam, że to było dla zwierząt, ale miło było przemyć dłonie w zimnej wodzie. Co jeszcze mnie zaskoczyło, to brak koszy na śmieci! Ale także brak śmieci! Może kosze gdzieś były, ale ich nie zauważyliśmy :)

Musieliśmy przejść od obozowiska do wejścia na ścieżkę jakieś 2km. Przy Gadmen Tällibahn(kolejka prowadząca do Tällihütte - restauracja na szczycie) należało skręcić w lewo i w zasadzie przy tamie, przechodząc na drugą stronę Gadmenwasser byliśmy już na trasie, która cały czas prowadziła w górę. Dla nas była to w zasadzie pierwsza tak trudna trasa, o której trudności w zasadzie nie mieliśmy pojęcia(choć jakieś wzmianki na jej temat czytaliśmy w Internecie, ale jeśli zaczynacie przygodę z górami to lepiej się dostać w okolicę Gaffe Bar(2 km dalej od Tällibahn), gdzie znajduje się kolejka, prowadząca do Berg-Bistro Trifft, a stamtąd już po nogach dojdziecie do celu).

punkt widokowy

Czasami na trasie zdarzały się pit stopy - szczególnie w jej pierwszej fazie. Warto w takich miejscach choć na chwilkę się zatrzymać i podziwiać widoki, a przede wszystkim naładować akumulatory na dalszą wędrówkę w górę.

Fot. M. Majewski

Z czasem polany zamieniają się w kamieniste podłoże, od czasu do czasu pojawiają się różnego rodzaju malutkie spływy z lodowców, których woda jest strasznie lodowata, ale za to na prawdę orzeźwiająca.

Fot. M. Majewski

Przepiękne widoki zapierają dech. Jednak trzeba mieć na uwadze, że to tylko góry i jeden nieostrożny krok może skończyć się tragedią. Szczególnie na tej trasie, którą szliśmy. W bardziej niebezpiecznych fragmentach, trzeba było iść po drewnianych kładkach trzymając się przywiązanej na hakach liny/drucika i najlepiej nie patrzeć w dół, a wyłącznie przed siebie.

Fot. M. Majewski

Innym razem trzeba było się trzymać jedynie skał i iść wąską ścieżką na szerokość buta. Cierpliwie, kroczek za kroczkiem, z drżącymi rękami i nogami. Powiem Wam, że do dzisiejszego dnia mam koszmary związane z pewnym miejscem(poniżej na fotce, zrobione już z kolejki). Z góry nie wydawało się aż tak groźne, ale uwierzcie BYŁO! Moje koszmary senne są tego rodzaju, że w pewnym momencie palce nie wytrzymują, puszczam się albo stopa się ześlizguje i lecę w dół, w urwisko...

Fot. M. Majewski

Jednakże w większej części trasa była mniej wymagająca, ale należało zachować ciągłą czujność i skupienie. My o tym nie pomyśleliśmy, ale warto zaopatrzyć się w kije trekkingowe. Ułatwiłyby wspinaczkę i odciążyłyby od czasu do czasu zmęczone nogi.

 
Fot. M. Majewski

Gdy byliśmy już przy Berg-Bistro Trift była godzina 15:00. Dość późno jak na te warunki. Ja osobiście czułam się zmasakrowana i nie miałam już siły na nic. A przed nami była perspektywa dalszej wędrówki. Weszliśmy na szczyt wieży po schodach kamiennych(nie było barierki!) i Marcin chwilę porozmawiał z panem odźwiernym od windy: odnośnie trasy, którą przeszliśmy(pan nie miał pojęcia, że trasa jest miejscami zniszczona - wina kamienistych lawin, które od czasu do czasu spadają!) oraz jaką jeszcze trasę mamy do pokonania. Okazało się, że prawdopodobnie, gdybyśmy dalej ruszyli, aby zobaczyć Triftbridge - który był naszym miejscem docelowym, nie zdążylibyśmy na ostatnią kolejkę powrotną i musielibyśmy spędzić noc na górze - co mnie się osobiście nie uśmiechało. Zdecydowaliśmy się jednak zjechać kolejką w dół do campingu i na tym zakończyć naszą wyprawę. Bez osiągniętego celu wyprawy.

Musielibyśmy jeszcze tą górę przejść, aby dotrzeć do Trifta. Fot. M. Majewski

ODPOCZYNEK
Zjechaliśmy kolejką do stacji i tam zakupiliśmy widokówki, które później wysłaliśmy rodzinom. Przeszliśmy ponownie Sustenstrasse jakieś 4 kilometry w kierunku naszego campingu, po czym przycupnęliśmy na trawie i po prostu podziwialiśmy okolicę. Dobrze było być na dole, w bezpiecznym miejscu. Pamiętam do dziś, że nogi mi się w tym miejscu trzęsły i ze zmęczenia, i z emocji.


Chwila oddechu i ruszyliśmy dalej. Musieliśmy wrócić jak najszybciej do obozowiska, bo przed nami rozpościerała się perspektywa rozłożenia namiotu, aby mieć gdzie spać. Gdy byliśmy już stosunkowo blisko naszą uwagę przykuła malutka rzeczka - Horlaui(spływająca z lodowca Wendenstocke), w której postanowiliśmy przemyć i schłodzić zmęczone stopy. Uwierzcie mi, to była nieziemska przyjemność. Chlupałam tak chyba z pół godziny, aż stopy poważnie wymarzły :)

Fot. M. Majewski

POWRÓT. ALE PO DRODZE JESZCZE BRIENZ I ZURICH.
Wróciliśmy do obozowiska. Od razu się rozliczyliśmy z właścicielem, po czym rozłożyliśmy namiot, co ważniejsze przedmioty schowaliśmy w środku(włącznie z jedzeniem, aby z rana na śniadanie nie szukać prowiantu) i po odświeżeniu, poszliśmy spać zakopani w śpiworach. W nocy obudził nas chrobot zza ścianek namiotu. Obudziliśmy się i zauważyliśmy, że jakieś borsukopodobne stworzenia dobierają się nam do jedzenia! Przepędziliśmy je i dalej w śpiwory, ponieważ na drugi dzień czekała nas dalsza podróż.

Widok z namiotu o poranku.
Z rana szybko się spakowaliśmy do auta, ustawiliśmy gps'a na podróż powrotną - najbezpieczniejszą i omijającą płatne odcinki(ale jednocześnie najdłuższą). Niestety albo stety, nie zajechaliśmy daleko. Po jakichś 15 minutach jazdy ukazało nam się przed szybą samochodową przepiękne jezioro w miejscowości Brienz. Taki kolor wody to ja widziałam jedynie na widokówkach z morza śródziemnomorskiego! Przepiękny lazurowy błękit!
Fot. M. Majewski

Polecam to miejsce, bo jest przepiękne. Na samym początku zawitała nas czerwona, stara kolejka buchająca parą.

Fot. M. Majewski

Następnie poszliśmy troszkę pozwiedzać nabrzeże Brienz. Przecudowne i urokliwe miejsce. Nie zapchane turystami. Polecam choć na chwilkę się zatrzymać i pospacerować.

Widok na góry skąd przybyliśmy. Fot M. Majewski

Jest to wyjątkowe miejsce z połączeniem starych elementów małej architektury z bardziej nowoczesną rzeźbą i sztuką. Jak na przykład otulone wydzierganym sweterkiem drzewa oraz rzeźba dziękczynna.


Rzeźba dziewczynki w podziękowaniu dla Alberta Sreicha - pisarza. Fot. M. Majewski

Gdyby ktoś miał chęć na wycieczkę statkiem po jeziorze jest taka możliwość. My zważywszy na dalszą podróż, musieliśmy z niej zrezygnować.


Osobiście, w niektórych momentach czułam się jak w Wenecji - tylko te góry nie pasowały :)



I lecimy dalej. Ehh cóż, znowu daleko nie zajechaliśmy, bo co chwilę nas zatrzymywały kolejne widoki, kolejne miejsca... Jak widać ulice nie wyglądają za ciekawie - połatane, ale ciekawostka, nie czuć tego, podczas jazdy samochodem. 


Fot. M. Majewski

Zajechaliśmy jeszcze na chwilkę do Thun, ale niestety nie posiadam stamtąd zdjęć. Po Thun ruszyliśmy prosto do stolicy kraju słynącego z zegarków i serów. W Zurychu spędziliśmy bardzo mało czasu, zważywszy na podróż powrotną do domu, jednakże udało się zobaczyć kilka miejsc.

Mała przystań, którą można było uraczyć się wycieczką wodną.



I znów efekt Wenecji tylko w lepszym wydaniu - z bardziej zadbaną architekturą.

PODSUMOWANIEWycieczka udała się w 80%. Nie udało się spełnić naszego wspólnego celu związanego z Triftem, ale za to spędziliśmy wiele chwil w przecudownych miejscach, które na prawdę warto wziąć pod uwagę podczas planowania wakacji - szczególnie w tych samodzielnych, objazdowych wycieczkach. Następnym razem jeszcze lepiej zaplanujemy nasz wypad i spróbujemy zobaczyć miejsca, których poprzednio się nie udało. Ale na pewno jeszcze wrócimy do Gadmena.

I na koniec chciałabym się z Wami podzielić filmikiem ze Szwajcarii, który skleiłam już jakiś czas temu - wszelkie ważne informacje znajdują się w jego opisie na yt.

Pozdrawiam,
BlomBly




PRZYDATNE LINKI
http://www.camping-gadmen.ch/
https://500px.com/martinmajewski

You Might Also Like

0 komentarze: